Joga? Joga!
Ostatnie miesiące spędziłam na wędrówkach wgłąb siebie. Wędrówkach, które początkowo wcale nimi nie były, a cel, w jakim rozpoczęłam praktykę jogi w ogóle nie był związany z poszukiwaniami siebie.
Bo po co szukać siebie, kiedy już się wie kim się jest i gdzie się zmierza? Kiedy plan na najbliższy rok jest jasny jak słońce i jedyne co muszę zrobić, to przypilnować, by wszystko doszło do skutku w odpowiednim czasie. Są listy zadań, które trzeba skończyć i tyle.
Nie ma co się rozczulać nad sobą i bawić w podróże w poszukiwaniu swojego prawdziwego ja. Tak przynajmniej myślałam.
A potem odnalazła mnie joga. I do tej pory bardzo śmieszy mnie, jak to w ogóle brzmi. No bo jak joga mogła mnie odnaleźć? Przecież człowiek sam musi wykonać pierwszy krok, by cokolwiek zadziało się w jego życiu. Tym większy jest paradoks, że joga znalazła mnie już po raz drugi, ale tym razem z nieco lepszym skutkiem ;)
Nie jestem typem atletycznym. Nie mam nadwagi, nie jestem też chorobliwie szczupła. Lubię zjeść i lubię słodycze. Wszystko w granicach normy oczywiście :) Natomiast nigdy, ale to nigdy, nie lubiłam ćwiczeń fizycznych.
Mimo to, był taki czas, kiedy odnajdywałam spokój (i nieco równowagi) w uprawianiu joggingu. Kontuzja kolana i późniejsze niespodziewane problemy z biodrem spowodowały, że przestałam wybierać się na ulubione przebieżki i wszystko znów powróciło do smutnej, szarej normy na fotelu biurowym. Napięcia w ramionach i karku powróciły, a wraz z nimi uciążliwy ból. Pojawiły się problemy z nadgarstkiem i mięśniami w dłoni. Stres w pracy potrafił dać w kość, więc słodycze wieczorem zagłaskiwały złe samopoczucie.
Po raz pierwszy joga odnalazła mnie kilka lat temu, kiedy aktywnie uczęszczałam na zajęcia Pilatesa. Pilates wydawał mi się „najmniejszym złem” ze wszystkiego, czego próbowałam (była jeszcze siłownia, zajęcia aerobowe, zumba, itp.), bo na zajęciach było rozciąganie i nieco relaksu na koniec. Widziałam poprawę w swoim ciele i ogólnie czułam się lepiej. Niestety zajęcia te zaczęły mnie nudzić, ćwiczenia były tendencyjne, nie było pomiędzy nimi żadnych „przejść”. Jak „robot” stajesz/siadasz/klękasz na macie, i jedziesz w ćwiczeniami. Któregoś dnia wracając do szatni z zajęć Pilatesa, zajrzałam do sali obok, gdzie odbywała się praktyka jogi.
Kurczę, ciemna sala i kompletna cisza, ludzie stoją na głowie, leci jakaś mucząca muzyka. Co to w ogóle jest? - pomyślałam wtedy.
Myślałam, że joga to taki „Pilates dla nawiedzonych”, czyli dla ludzi, którzy uwielbiają chodzić boso i nosić koraliki wokół kostki, odpalać kadzidełka w domu, że aż robi się słabo i noszą ubrania w etniczne wzory, jak hipisi. Poszłam więc do szatni i nie poświęciłam temu tematowi więcej uwagi.
Jak daleko byłam wtedy od prawdy! ;)
I tak, kilka lat później, zupełnie przypadkiem, natrafiłam na kanał YouTube prowadzony przez Adriene Mischler :)
Jeśli poszukujecie praktyki fizycznej połączonej z medytacją i nauką jak kochać swoje ciało lub po prostu fajnej praktyki fizycznej, miłej dla ucha i łagodnej dla ciała - zajrzyjcie koniecznie na YT!
Klik —> YogawithAdriene
Photo: Conscious Design

0 komentarze