Jak rozpoczęła się moja przygoda z minimalizmem?

zdjęcie: stocksnap.io        
Cześć,

Miło mi, że odwiedziłeś/odwiedziłaś mojego bloga. 

Na początek chciałabym opowiedzieć Ci nieco o moich początkach z minimalizmem. I o tym, kiedy i dlaczego poczułam potrzebę oczyszczenia mojego domu i umysłu z niepotrzebnych przedmiotów i spraw.

Jestem pokoleniem z lat 80-tych i pamiętam jeszcze czasy, kiedy na półkach sklepowych nie było zbyt wiele. Kolorowe reklamy z Zachodu kusiły nas Pepsi Colą i jeansami, podczas gdy Polskie realia sprowadzały nas mocno na ziemię. To wtedy mandarynki na Święta Bożego Narodzenia były największym rarytasem :) 
Z tego powodu każda kaseta magnetofonowa, każdy film na VHS czy ładnie wydana książka były traktowane jak prawdziwe skarby. Jeśli jedno z dzieci w bloku miało kasetę artysty będącego akurat na topie, wszyscy przesiadywali u tej osoby w domu i słuchali muzyki w kółko i na okrągło. Bo kolejną kasetę ktoś pewnie dostanie dopiero na Święta.
Niedosyt posiadania pojawił się dość szybko. Potrafiłam spędzać popołudnia marząc o nowej książce/kasecie czy nawet o bransoletce na rękę. Gazety z gratisami, typu Popcorn czy Bravo, były najlepszym źródłem plakatów, mini-cieni do powiek, wisiorków, pomadek, breloczków do kluczy i wszystkiego innego, o czym nastolatka mogła zamarzyć.

Tak zaczęła rosnąć moja kolekcja. Oprócz książek i kaset, na półkach zagościły porcelanowe słoniki „na szczęście”, mini-paletki cieni, wcześniej wspomniane breloczki i inne gadżety. Przez to, że nie mieliśmy wtedy wiele, potrzeba zbierania narastała, a kiedy jakiś czas po osiągnięciu pełnoletności spędziłam kilka miesięcy w Anglii, poczułam zapach pieniądza i kapitalizmu w pełnej krasie.
Ubrania w Wielkiej Brytanii są dość tanie w stosunku do zarobków, więc wracając do Polski na stare śmieci, musiałam wysłać do domu dwa kartony po 30 kg. Jak się zapewne domyślacie, pełne były ubrań, akcesoriów, butów i płyt CD.
Nie umiałam sobie odmówić i nie umiałam wyrzucać. Myślałam, że wszystko zawsze się może przydać, mam za mało, takiego koloru bluzki jeszcze mam itp., itd...

Mój powrót do kraju z 32 kg walizką (nie licząc wcześniej wysłanych pudeł) uświadomił mi, że mój pokój z PRL-owską meblościanką i dwuskrzydłową szafą nie jest w stanie pomieścić takiej ilości rzeczy.  Udało mi się namówić rodziców na kosztowny remont i w końcu, ku mojej satysfakcji, w pokoju stanęła czteroskrzydłowa szafa zajmująca absolutnie całą ścianę. Oprócz niej w pokoju miałam tylko 3 regaliki na książki, łóżko i biurko-blat zajmujący całą drugą ścianę.

Możecie się zapewne domyślić, po pewnym czasie i tam zaczęło brakować miejsca. Jako studentka, zaczęłam gromadzić książki do nauki, sterty kserówek, segregatory i portfolia na zajęcia piętrzyły się zajmując coraz więcej miejsca, a w międzyczasie aktywnie prowadziłam zajęcia, więc z czasem zaczęły mnie przysypywać nie tylko ciuchy i nazbierane „popierdółki” ale i nie kończące papiery w myśl kawału o studentach (Jeden student podnosi kartkę papieru i pyta drugiego: „Co to?”, „Nie wiem” - odpowiada drugi, „ale skserujmy w razie czego”).

Po skończeniu studiów poznałam mojego obecnego męża i z czasem przeprowadziłam się do jego mieszkania.

Początkowo miałam ze sobą niewiele rzeczy, tylko przedmioty, które na co dzień były mi faktycznie potrzebne. Jednak z czasem zaczęłam przywozić wszystko, co zostawiłam za sobą u rodziców.
Niestety i tutaj zaczęło brakować miejsca. Wyrzucałam zbędne rzeczy, jednak na tyle niechętnie i w tak powolnym tempie, że znów groziło nam przysypanie książkami, ubraniami i bibelotami.
Atmosfera w domu stawała się nieprzyjemna, a nadmiar przedmiotów w każdym kącie powodował napięcia (kiedy jedna osoba ma dużo więcej przedmiotów niż druga, nie dość, że są one porozstawiane wszędzie, to nadal brakuje miejsca; dodatkowo, osobiście nie lubię bałaganu i przeładowania przestrzeni - robię się wtedy nerwowa :( ).

Nigdy nie uważałam, że idea minimalizmu jest dla mnie. Patrząc z perspektywy czasu, byłam maksymalistką w każdym calu, nigdy nienasycona obecnym posiadaniem. Chciałam mieć zawsze więcej i bardziej. Wymiana jednych pojemników do przechowywania na inne, tylko dlatego, że bardziej odpowiadała mi ich estetyka nie stanowiła problemu. Kto by się przecież przejmował wydanymi bez sensu pieniędzmi i nadprogramowym zestawem pojemników?
Mimo to, porozkładane po całym domu rzeczy zaczęły mi coraz bardziej przeszkadzać. Jeśli nie możesz kupić nowego kubła do mopa, bo nie masz w domu nawet skrawka miejsca by go przechować to chyba coś jest nie tak, prawda?

Moje początki były bardzo nieśmiałe. Najpierw po swojemu próbowałam pozbywać się ubrań, ale z dziesięciu starannie wyselekcjonowanych rzeczy, ostatecznie w koszu PCK lądowały może trzy. Uznałam, że potrzebna jest mi pomoc i zajrzałam na YouTube w poszukiwaniu inspiracji.
Tak właśnie trafiłam na minimalizm. Początki były bardzo trudne, jednak przysięgam, było warto :)

Jestem bardzo ciekawa, czy Wy jesteście minimalistami czy może dopiero się nad tym zastanawiacie? Jak wyglądała Wasza droga do minimalizmu?
Zapraszam do dyskusji :)

You May Also Like

0 komentarze