O festiwalu roślin i o tym, jak nic na nim nie kupiłam
Oczywiście gatunków było więcej, jednak te cztery były praktycznie wszędzie. Gdzie wzrokiem nie sięgnąć, morze owadożerów, sukulentów i kaktusów. Mimo, że zróżnicowanie nie było wbrew pozorom zbyt duże (ok. 80% gatunków się powtarzało) i tak byłam zachwycona zielenią, jaka mnie otaczała. Czułam się trochę jak w mikro-dżungli, powietrze było wilgotne i ciężkie wszędzie zielono od roślin.
Jako dziecko, a potem nastolatka nie byłam zbyt wielką fanką jakichkolwiek roślin.
Moja mama rozstawiała mi je wszędzie po pokoju, żeby „dodać mu trochę życia”, jednak ja skutecznie je zaniedbywałam, co zazwyczaj kończyło się smutnymi suszkami w doniczkach.
Aktywnie też wypychałam mamę z pokoju z kolejnymi roślinami, bo kompletnie nie rozumiałam, czemu miałyby one służyć. Moje poczucie estetyki nie było jeszcze wykształcone, nie zależało mi jakoś specjalnie na tym, by mój pokój wyglądał ładnie i by było w nim zielono - wieksze znaczenie miało to, by mieć w nim ciemno i cicho, bo byłam ( i trochę nadal jestem) nocnym markiem.
Po raz kolejny, przeprowadzka do obecnego męża odmieniła moje spojrzenie na to, co nie powinno znajdować się w pokojach, a co dodaje im uroku ;)
I tak, nagle „zachciało mi się” roślin! Nieśmiało zaczynałam od kaktusów, potem przyszła kolej na storczyki (tak, zanim zapytacie, zdarzyło mi się wykończyć storczyka mimo, iż nie są to zbyt wymagające rośliny), aż po rośliny, które zawsze powodują uśmiech na mojej twarzy: gwiazda Bożonarodzeniowa, korona cierniowa, dracena, fikus, a z najnowszych: Flamingo Flower (odmiana Anthurium), Scindapsus, Chamedora. Oczywiście dbania o swoich zielonych przyjaciół musiałam się nauczyć, ale było warto, szczególnie, że nie jest to jakoś szczególnie złożona sprawa , a przynosi sporo satysfakcji :)
Wracając do wystawy roślin, z fascynacją przechadzałam się od stanowiska do stanowiska, podziwiając różnorakie aranżacje i szczególnie zachwycając się kilkudziesięcioletnimi drzewkami Bonsai i Klonami japońskimi.
Natrafiłam też na prześliczną odmianę mchu, która kwitnąc wypuszcza wątłe, cieniutkie łodyżki z drobniutkimi, fioletowymi kwiatami. Wszystko w tej roślinie było dla mnie śliczne: jej rozmiar, forma i kruchość łodyg.
Spacerując po hali expo, w której odbywał się festiwal rozmyślałam o tej roślinie. A dokładniej o tym, GDZIE JĄ POSTAWIĘ.W międzyczasie natrafiłam też na kilka innych gatunków, które z chęcią bym nabyła, jednak powstrzymywałam się jak tylko mogłam. Jak się łatwo domyślić, po godzinie walki ze sobą, wiedziałam już, które rośliny na parapecie przestawię, by mieć miejsce na nowe ;) Jednak ku swojemu zdziwieniu, minimalistyczna cząstka mnie (nazywanie mnie 100% minimalistką byłoby grubą przesadą) wygrała, i dumna z siebie wróciłam do domu z pustymi rękami.
Każdy nowy zakup jest jak zastrzyk szczęścia, czujemy uwalniające się endorfiny, coś jest nowe, świeże, prosto z półki sklepowej, niekiedy jeszcze pachnie fabryką. Tych emocji nie da się porównać do niczego innego, to ekscytacja i radość w jednym. Chcemy od razu rozpakować tę rzecz, postawić ją na półce/jak najszybciej jej użyć, bo jest „taka super i taka nowa”. Często ta nowa rzecz bywa jednak zbędna, więc wymyślamy dla niej jakieś zastosowanie, byleby tylko nie przyznać, że zakup był po prostu nieprzemyślany.
Nic nie kupiłam, bo potrafiłam sobie wytłumaczyć, że jest to dużo lepsza decyzja. W domu brak już miejsca na nowe rośliny, a pieniądze warto zaoszczędzić. Duma, jaka mnie rozpierała musiała malować się na mojej twarzy, ponieważ po powrocie do domu mąż zapytał, skąd ta radość, skoro ostatecznie nic do domu nie przywieźliśmy.
A jak u Was z kupowaniem roślin? Potraficie oprzeć się pokusie, czy ulegacie od razu?
Poniżej wstawiam Wam kilka zdjęć z wystawy roślin, na której byliśmy :)







0 komentarze